Relacja z s/y Blue Horizon by Violetta Ozminkowski
– Nie próbujcie być lepsi od innych – te słowa kpt. Marty Skrzypek zapadły mi w pamięć tak mocno, że przywiozłam je ze sobą do Polski. Gdy je powiedziała po raz pierwszy, siedzieliśmy w restauracji Royal Malta Yacht Club. Kilka minut wcześniej przydzieliła nam role, jakie mamy pełnić na Blue Horizon, szyte na miarę i możliwości każdego z nas. – Inaczej – ostrzegała – grozi nam utrata kontaktu z bazą, a tą bazą jest zespół.
Popatrzyliśmy na siebie niepewnie, bo mieszanka silnych osobowości, pięciu kobiet i trzech panów przerażała bardziej niż zapowiedzi sztormów. Za to nasza kapitan, nazywana przez nas pieszczotliwie Szefową od razu wzbudziła zaufanie. Mówiła o kilku elementach, o których pamiętać musimy każdego dnia, żeby osiągnąć sukces: na szczycie figury przypominającej diament którą rozrysowała było balastowanie, na dole straty na zwrotach, odkrętki wiatru plus lokalne warunki. Wszystkich elementów nie będę wymieniać w tej relacji, bo przecież nie o to w niej chodzi. Zainteresowanych szczegółowym, sportowym opisem odsyłam na strony @Rolex Rice Middle See i @Sailing Factory.
– Pamiętajcie, że wypływacie na własne ryzyko, to do was należy decyzja – przypominali organizatorzy regat, bo zapowiadała się sztormowa pogoda. Z pewnością nie brakowało nam odwagi, nie baliśmy się też wziąć odpowiedzialności za własne decyzje, wiedzieliśmy przecież na co się piszemy, to sporo, ale pewnie wielu z nas zadawało sobie po cichu pytanie, czy to wystarczy, żeby się nie pozabijać na małej przestrzeni, w bardzo trudnych warunkach?
Wiedzieliśmy, że czeka nas zmęczenie, permanentny brak snu, ból kontuzjowanych części ciała, kłopoty z higieną (delikatnie mówiąc), jedzenie z torebek, no i choroba morska, która, jak się później okazało gnębiła połowę załogi, a jedną z koleżanek tak gwałtownie, że musiała nas pożegnać. Od razu powiem dla niewtajemniczonych – nie dobijaliśmy do żadnego portu, to że mogła nas opuścić było w jakimś sensie szczęśliwym dla niej zbiegiem okoliczności, bo złapaliśmy usterkę na tyle ciężką, że musieliśmy zacumować na moment w jednym z włoskich portów.
Ale było coś, co pozwalało nam wierzyć, że damy radę jako team: wszystkim nam mocno błyszczały oczy na widok morza. Bo wszyscy na lądzie tęsknimy za tym czymś, co chyba najprościej opisał kpt. Jack Sparrow: „Dotrzemy tam, gdzie tylko zechcemy. Tym właśnie jest okręt. To nie tylko kil, kadłub, pokład czy żagle. To jest to czego jacht potrzebuje, ale nie to czym on jest. Jacht tak naprawdę jest wolnością”.
Start w tak prestiżowych regatach to wielkie marzenie żeglarzy z całego świata, ale tak trudne do realizacji, że ja zapisałam je sobie na liście tych niemożliwych do spełnienia. Obok mogłabym równie dobrze dopisać: w 2025 zostanę Miss Mazowsza. Na tak wielkie przedsięwzięcie organizacyjne i finansowe, które można by było udostępnić zwykłym śmiertelnikom, porwała się z tego co wiem, jak dotąd tylko @Sailing Factory. I chwała ci za to kapitanie @Jacek Chabowski.
Zdobywca Pucharu Ameryki, założyciel stacji CNN Ted Turner powiedział o wyścigu Rolex, że to najpiękniejsza trasa regatowa na świecie. Rozpoczyna ją wystrzał armatni z murów Fortu St. Angelo w stolicy Malty, Valettcie (wstyd się przyznać, ale gdy strzały padły, siarczyście zaklęłam zaskoczona hukiem). Następnie flota żegluje dookoła Sycylii, mija wulkan Etnę, przechodzi Cieśninę Mesyńską, aktywny wulkan Stromboli, a potem wyspy Favignana, Pantelleira, Lampedusa i finiszuje z powrotem w porcie La Valetta. Dodał jeszcze, że ten wyścig ze względu na zmieniający się silny wiatr, a czasem jego brak, jest prawdziwym wyzwaniem dla załóg. Wiele z nich dopływa pierwszy raz do mety dopiero po wzięciu udziału w regatach kilka razy z rzędu. Więc, gdy opisywaliśmy nasze oczekiwania na pierwszym brefiengu, prawie każdy z nas mówił, że chciałby ukończyć bieg. Tyle i aż tyle. Ale i tak nie mieliśmy pojęcia, że okaże się to tak trudne.
Znacie ten cytat przypisywany Theodorowi Roosveltowi, że „gładkie morze nigdy nie wyszkoliło dobrego żeglarza”? Chyba nic nie oddaje lepiej znaczenia kryzysu w życiu każdego z nas. Tak modny dziś termin „rezyliencja”, która nie jest niczym innym jak odpornością psychiczną, hartem ducha, którym musi wykazać się każdy dobry żeglarz, nie jest darem, który dostaje się od dobrej wróżki w momencie urodzin. Trzeba ruszyć tyłek, inaczej nie dowiemy się kim jesteśmy i nad czym dobrze byłoby jeszcze popracować.
Myślałam o tym cytacie, gdy patrzyłam na „morze, które było jak olbrzymi płat piany, jak kocioł gotującego się mleka”, jak opisywał sztorm Joseph Conrad. Tak mi się napisało, ale to nieprawda, bo gdy widziałam białe grzywy fal, nie myślałam za bardzo o niczym innym tylko o tym, jak przetrwać. Deszcz, grad, błyskawice, zaliczyliśmy chyba wszystko. – Czy wasi bliscy wiedzą w jakich warunkach żeglujecie? – zapytała nas kapitan. – Gdyby była tu moja rodzina, krzyczeliby bardziej niż pasażerowie Titanica – roześmiał się złowieszczo kolega.
A potem wielki błękit i cisza. Przez osiem godzin przepłynęliśmy dwieście metrów. W duchu ironizowałam, że prezydent Roosvelt chyba nigdy nie był na morzu, bo flauta może także dopiec do żywego. Gdy drugi raz musieliśmy zacumować w porcie, bo ciągnęły się za nami sieci kłusowników, przez moment pomyślałam, że mam dość. Że to koniec, ale wiedziałam, że nie pisałam się tylko na wyścig, ale też na bycie częścią załogi. Że nie mogę zostawić ludzi, w oczach których przeglądałam się każdego dnia i nie mogłam uwierzyć, jak piękny jest to obraz. Naprawdę tak było. Instynktownie odkryliśmy coś, o czym naukowcy wiedzieli już dawno, otóż hart ducha i poczucie własnej wartości, buduje się troską o innych. We współczesnym świecie, gdzie codziennie trąbią nam o asertywności i wyznaczaniu granic, codziennie staraliśmy się sobie pomagać. Opatrywaliśmy sobie stłuczenia, pożyczaliśmy czołówki i zegarki, a czasem, co było najtrudniejsze rezygnowaliśmy z własnego odpoczynku.
Kasia przerażona, że zaraz straci ze mną kontakt, bo upadałam na potylicę, trzymała mnie za rękę po trzech godzinach stania za sterem w trudnych warunkach. – Przestań płakać, wyłącz emocje – krzyczała. Nie byłabym sobą, gdybym nie zapytała, cięgle chlipiąc, gdzie jest ten przycisk do wyłączenia. Niesamowite czym jest ciepła, uważna obecność drugiej osoby w takich chwilach.
Kontuzji mieliśmy zresztą więcej, nogi i ręce sine, ale z każdym dniem byliśmy coraz bardziej zdeterminowani, żeby dać radę. Żeby dopłynąć. Wysiadała nam elektronika, kończyły się zapasy wody, jedzenia, ale nie było problemu. Wojtek podzielił ostatnie jabłko na siedem części, Aga podzieliła się konserwami, Asia przebolała, gdy zalałam jej makaron z truskawkami i zjedliśmy go wieczorem zamiast na śniadanie.
Gdy półprzytomni, dokładnie po 161 godzinach spędzonych wspólnie na pokładzie, i 750 pokonanych razem milach zobaczyliśmy główki portu, usłyszeliśmy nagle pytanie Marty: „a co wy na to, żebyśmy postawili teraz spinakera (to trzeci, fruwający żagiel)”?
Nie mogliśmy uwierzyć, w to, co powiedziała, bo dla nas było oczywiste, że skończy się fuckupem. Ale po tych wszystkich zmaganiach, gdy kapitan za każdym razem stała za nami murem, wspierała nas na sto procent (okazało się na przykład, że można zaciśniętą i przemoczoną linę na kabestanie rozplątać śrubokrętem – po instrukcje zapraszam do Agi i Kasi) gotowi byliśmy zrobić dla niej wszystko. I zrobiliśmy – postawiliśmy jeszcze spinakera trzy razy i nie popełniliśmy ani jednego błędu.
Okazało się, że czas, który spędziliśmy razem na łódce, był w jakimś sensie formujący dla każdego z nas, a pech, który nas prześladował, pomagał nam budować siłę i moc, o jaką wcześniej siebie nawet nie podejrzewaliśmy. Zrozumieliśmy, że nigdy nie ma idealnych warunków, żeby płynąć, bo morze zawsze nas będzie zaskakiwać. Jedyne, co możemy zrobić to nauczyć się odpowiadać na jego wyzwanie. Mądrzej i pewniej.
„Ani Lestrygonów, ani Cyklopów,
ani Posejdona szalonego nie ujrzysz nigdy,
jeżeli ich nie kryjesz w głębi własnej duszy,
Jeśli własna twa dusza nie wznieci ich przed tobą” – pisze Kawafis w moim ulubionym wierszu „Itaka”. Czytałam ten wiersz wiele razy, ale dopiero teraz tak naprawdę dotarło do mnie, o co mu chodziło.
I, gdy z tego wszystkiego zaczęliśmy dmuchać na zimne, więc zrezygnowaliśmy z rozpalenia flar i postanowiliśmy tylko po cichu zaśpiewać sobie na mecie: „we are the champions, we are the champions”, zobaczyliśmy nagle rozpalone światła flar na jachcie naszych przyjaciół, stali na Czarnej i krzyczeli w naszą stronę, że jesteśmy wielcy.
Później okazało się, że skradali się za nami od trzech godzin, ale ze zmęczenia nie byliśmy w stanie połączyć kropek. Owszem widzieliśmy ich, dziwiliśmy się, że płyną obok nas bez oświetlenia, ale do głowy nam nie przyszło, że to oni. I wtedy, nagle ulało nam się: zaczęliśmy płakać, krzyczeć, śmiać się – wszystko naraz. Rzucaliśmy się sobie w ramiona, skakaliśmy – a potem zostaliśmy oblani szampanem, który nasi koledzy przywieźli z regat z Monte Carlo.
Nikt nam już nie odbierze tej chwili, smaku zwycięstwa, smaku radości i dumy, że daliśmy radę.
Dzięki – przyjaciele z @Sailing Factory.
Tekst: Violetta Ozminkowski
Zdjęcia i więcej info na naszym FB: https://www.facebook.com/sailingfactoryclub









